On the white planet

whiteplanet_shrink

Tym razem o filmie, który próbuję jak najszybciej wybić sobie z głowy. Po co pisać o czymś takim? A chociażby by Was ostrzec. Miałem już kiedyś w głowie takie wielkie “WTF? Po co ja to oglądam” i jak pamiętają wierni czytelnicy chodziło wówczas o film “Rocks in my pockets&#8221, o ile jednak tamten film miał jakiś sens w tym by irytujący głos narratorki wgryzał nam się powoli w mózg to tutaj sens wybitnie mi umyka. A chodzi o koreański film „Na białej planecie”; autorstwa Bum-Wook Hura, nominowany w kategorii pełnego metrażu do konkursu Festiwalu Animator 2016 ( w chwili gdy piszę te słowa wynik jury nie jest jeszcze znany).

Ziemia w przyszłości, albo w innym wymiarze – smutny, zniszczony świat, który po prostu jest biały. Ludzie, domy, trochę roślinności (chociaż drzewa są czarne, a ze względu na grę kolorów pojawia się też gdzieniegdzie szarość). W takim świecie pojawia się chłopak, którego skóra jest koloru brązowego. Żyje razem ze swoją matką głęboko w lesie ukrywany przed światem. Po 16 latach matka nie wytrzymuje życia w izolacji i popełnia samobójstwo. Chłopak obwiniając sie za jej śmierć, rusza w świat marząc o tym by stać się normalną białoskórą osobą. Brzmi zachęcająco? Błąd.

whiteplanet2

Okazuje się bowiem że dostajemy smutną historię o chłopaku, który wpada w towarzystwo przestępcze licząc na poprawę swojego losu. Szef bandy chce wykorzystać jego gniew i niechęć do białych zatrudniając go jako zabójcę na zlecenie. Chłopak się zgadza ale po wykonaniu zadania nie dostaje zapłaty, zamiast tego brat szefa( o wyraźnych inklinacjach pedofilskich) pobije go i zgwałci. Whaaat? No niestety, dalej jest tylko gorzej. W bandzie mamy jeszcze rodzeństwo, z którym nasz bohater próbuje uciec. Ale tak naprawdę to co widzimy na ekranie to jeden wielki manifest przemocy – co chwila ktoś tu kogoś obrazi, dźgnie nożem, zabije i okaleczy. Jakby wyciąć z filmu wszystkie dialogi ze słowami na k* i ch* to zostanie niewiele. Możliwe,że o takie przerysowanie reżyserowi właśnie chodziło, ale efekt jest wręcz odwrotny od zamierzonego. Zwróciliście uwagę,że nie podaję imion bohaterów? Nic dziwnego, ponieważ ich nie pamiętam. Na białej planecie gdzie wszystko jest takie same, wszyscy się z sobą zlewają w tygiel gdzie indywidualność i różnorodność jest nieistotna. W tym filmie nie znajdziecie żadnej optymistycznej sceny, choć przez krótką chwilę myślałem że gdy Kolorowy wejdzie do muzeum gdzie zgromadzono latające maszyny, znajdzie rakietę i spróbuje uciec, ale – no właśnie dokąd? Dodatkowy niezamierzony efekt daje tu język koreański, który dla mnie brzmi jakby ktoś wciąż krzyczał. W dodatku cała fabuła nie trzyma się kupy a finałowa scena, w której dzieci niszczą kolorowego kwiata wydaje się absurdalna skoro co jakiś czas widać niebo, które jednak jarzy się innymi kolorami niż wszechobecna biel. W efekcie ja nie mam pojęcia o czym ten film naprawdę jest i proponuję ominąć go szerokim łukiem.

On the White Planet (2015)
On the White Planet poster Rating: 5.0/10 (22 votes)
Director: Bum-wook Hur
Writer: Bum-wook Hur
Stars: Hong Bum-ki, Son Chong-Hwan, Cho Min-su, Seo Yoon-sun
Runtime: 73 min
Rated: N/A
Genre: Animation
Released: 10 Sep 2015
Plot: In an unknown time when everything is colorless, the world pale and desolate, everybody is born with similarly pale white skin. There is absolutely no sign of color in this world at all. ...

Moje typy na Oskary 2016

oscars

Oscary tuż tuż i wszyscy niecierpliwie czekamy na rozstrzygnięcia. Z racji iż w tym roku udało mi się nadrobić większość zaległych pozycji a chore gardło uniemożliwia mi nagrywanie podcastu postanowiłem napisać jakie są moje tegoroczne typy. Standardowo pominę kategorię, która nie wiedzieć czemu jest rozdzielona na Sound Editing i Sound Mixing – moje ucho nie czuje się kompetentne na ocenę pracy ludzi, którzy w tym fachu są specjalistami. No i znów jak co roku nie dałem rady obejrzeć dokumentów (poza “AMY”). Zacznijmy więc od końca.

Scenariusz oryginalny -> “Bridge of Spies”

Z kiepskiego scenariusza dobry film nie powstanie, a “Most szpiegów” to świetna, wciągająca historia osadzona w okresie Zimnej Wojny. I ma jakby dwie niezależne historie – jedną dziejącą się w USA a drugą w Berlinie, które znakomicie łączy Tom Hanks.

Scenariusz adaptowany -> “The Martian”

Tutaj to zawsze problem oceniać, bo trzeba by przeczytać książki, które są kanwą takiego scenariusza i nie wiadomo czy nagradza się scenarzystę czy pisarza. Po namyśle doszedłem do wniosku, że jednak warto docenić “Marsjanina”, chociaż czuję że Akademia nagrodzi “Pokój”.

Efekty wizualne -> “The Martian”

Ja wiem, że “Zjawa” i “Mad Max” ale jeśli nagrodę dostała kiedyś “Grawitacja” to kolejnym logicznym krokiem jest typ filmu sf osadzonego jednak bliżej naszych realiów 😉

Krótki metraż aktorskie -> “Ave Maria”

Tutaj autentycznie nie mam pojęcia bo każdy film jest na swój sposób ujmujący, ale sądzę że Akademia może docenić “Ave Maria” bo to mini-komedia ilustrująca jakże skomplikowane relacje arabsko-żydowskie.

Krótki metraż animowane -> “We can’t live without Cosmos”

W tej kategorii obejrzałem jedynie dwa filmy ale chociaż ogromne szanse ma “World of tomorrow” to rosyjska animacja o kosmonautach obywająca się bez jednego słowa jakoś chwyciła mnie za serce.

Ścieżka dźwiękowa oryginalna -> “Bridge of Spies”

Tu też trudny wybór no ale..“Carol” to takie pitolenie, “Star Wars” wygrało w życiu już dosyć. “Nienawistna Ósemka” to jednak nie to co “Django”.“Sicario” bardzo pasuje do filmu ze względu na mroczne dźwięki ale po wysłuchaniu serce i ucho skłaniają się do “Mostu”.

Makijaż i fryzury -> “Mad Max:Fury Road”

Film beznadziejny niech się więc chociaż nacieszy za charakteryzację bo akurat jest bardzo dobra.

Film obcojęzyczny -> “Syn Szawła”

Nie widziałem jeszcze pozostałych ale czuję, że to nietypowe spojrzenie na Holocaust jest murowanym faworytem.

Montaż -> “Mad Max: Fury Road”

Bez montażu tego filmu by nie było a tak to dostajemy jedną wielką jazdę bez trzymanki.

Dokument pełnometrażowy -> “Amy”

Znów, nie widziałem pozostałych ale ciekawie zrealizowany film o przedwcześnie zmarłej Amy Winehouse narobił nieco szumu a widownia kocha takie tragiczne historie.

Reżyseria – “The Revenant”/“Room”

Byłem przekonany dotąd, że “Zjawa” ale po obejrzeniu “Pokoju” już nie jestem taki pewien.

Kostiumy -> “The Revenant”

Gdyby nagrodzić “Carol” to sprawiedliwie by było dać też dla “Brooklyn”, którego jednak nie ma na liście więc obstawię “Zjawę” bo tworzenie strojów “z epoki” tylko z pozoru wygląda na proste a w tym filmie kostiumem jest także poranione ciało i twarz.

Zdjęcia -> “The Revenant”

Chciałem typować “Ósemkę” bo Tarantino nikt nie może odmówić realizacyjnej maestri. Ale to kolejny jego film gdzie akcja jest na małym planie i można się już do tego przyzwyczaić, natomiast w “Zjawie” zdjęcia są po prostu przepiękne i zrobione w ekstremalnie trudnych warunkach.

Animacja pełnometrażowa – “Shaun the sheep movie”

To znów jedyny film jaki widziałem z tej kategorii ale dawno się tak nie uśmiałem w kinie. Tym bardziej,że nie ma tu żadnych dialogów a perypetie baranków są po prostu urocze.

Drugoplanowa rola żeńska – Jennifer Jason Leigh

Bez dwóch zdań to musi być Jennifer. W “Ósemce” odmieniona i bardzo odarta ze swej kobiecości sprawia że oko widza nieodmiennie wędruje w jej strone i zastanawia się co też ją spotka.

Drugoplanowa rola męska – Mark Rylance

Zapewne Akademia zechce nagrodzić Żelaznego Sylwka, mnie jednak nawet bardziej niż Ruffalo zachwycił Rylance w roli zimnego, wiecznie opanowanego rosyjskiego szpiega, którego po prostu da się lubić.

Główna rola kobieca – Brie Larson

No po prostu nie chce mi wyjść inaczej.

Główna rola męska – Leonardo Di Caprio

Eddie Redmayne może i uwiódł Akademię rolą kobiety, ale po ciężkiej walce z niedźwiedziem to Leonardo doczołga się w końcu do statuetki

Najlepszy film – “Room”/Revenant

Walka będzie ciężka w tej kategorii i zupełnie nie mam pojęcia kto wygra (poza Mad Maxem, którego nagrodzenie byłoby zbrodnią na kinie). Wszystko będzie zależeć od tego jaki rodzaj historii preferuje Akademia. Najchętniej dałbym dwa Oskary dla “Pokoju” i “Zjawy” (remis w liczbie oddanych głosów nie byłby pierwszym w historii) ale czuję, że jednak “Pokój” bo Brie Larson i Jacob Tremblay tworzą duet jakiego nie da się szybko zapomnieć.

Mad Max (1979)

melgibson
Jak już wiecie z poprzedniego numeru, „Mad Max: Fury Road” mnie rozczarował. Nie mogło być inaczej, gdyż próbowano od nowa stworzyć postapokaliptycznego superbohatera, który pierwotnie przecież miał niewiele wspólnego z wyrzutkiem szukającym przetrwania w ponuklearnym krajobrazie. Ponieważ przy okazji ENEMEF-u odświeżyłem sobie część pierwszą, chcę podzielić się wrażeniami z filmu, od którego to wszystko się zaczęło. Australia, bliżej nieokreślona przyszłość. Z nieznanych przyczyn porządek społeczny jest o krok od totalnej zapaści. Na drogach trwa nierówna walka między motocyklowymi gangami a specjalnymi jednostkami policji Main Force Patrol. Asem drogówki jest Max Rockatansky (Mel Gibson). W trakcie jednej z akcji z ręki Maxa ginie przywódca gangu „Nightrider” (Vincent Gil). Członkowie gangu przysięgają zemstę. Tymczasem Max czuje się wypalony i chce odejść z policji. Gdy jednak celem gangsterów staje się jego żona i dziecko, Max poprzysięga zemstę i rusza w pościg… Brzmi to banalnie, bo w końcu ileż to razy w kinie oglądaliśmy podobne historie?
Continue reading →

Wojownik Szos powraca

Photo33

Jest taki nurt w kinematografii, którego twórcy najwyraźniej nie wierzą, iż nasz gatunek czeka świetlana przyszłość. Prędzej czy później musi nas czekać jakaś katastrofa – jeśli nie walnie w Ziemię asteroida, to wykończymy się sami bronią nuklearną. Ludzie to jednak rasa niezwykle wytrzymała i nawet po światowej hekatombie przetrwa, ale nowy porządek będzie już zupełnie inny niż stary. Ten świat będzie miał swoich bohaterów, przemierzających pustkowia w ocalałych z pogromu maszynach. Archetypem takie gościa jest z pewnością Szalony Max, którego kolejne przygody po trzech dekadach oczekiwania zawitały na ekrany kin. Czy jednak było na co czekać? Moim zdaniem niekoniecznie.

Pogłoski o tym, że będzie nowy „Mad Max”, krążyły co najmniej od 2003 roku, a fakt, że w projekt miał się zaangażować niemłody już Mel Gibson, dodatkowo elektryzował fanów, dla których tryptyk Millera stał się już pozycją kultową. Spekulowano, czy czwarty film będzie rebootem serii czy może jednak Czwórką, która rozwinie jakoś historię zakończoną pod Kopułą Gromu i sprawi, że dowiemy się więcej o tym świecie. Produkcja jednak się opóźniała, Gibson z projektu się wycofał, a my dostaliśmy w efekcie samochodowe łubudu, w którym o nic nie chodzi, a już najmniej o sens.

Mamy rok…właściwie to nie wiadomo, jesteśmy gdzieś w Australii (chociaż kto to wie na pewno) domniemane 20 lat po nuklearnej katastrofie, która spustoszyła świat. Tytułowy Max zostaje złapany przez gang Nieśmiertelnego Joe i porwany do jego twierdzy. Tymczasem Joe wysyła swoją Cesarzową Furiosę (Charlize Theron) do krainy Oktanii – jak łatwo się domyślić – po paliwo. W trakcie podróży Furiosa zmienia niespodziewanie kierunek jazdy i decyduje się uciec, a goni ją cała gangsterska banda, w której przypadkiem znajdzie się także Max. I to właściwie całe streszczenie filmu, który okazuje się jednym wielkim samochodowym rajdem, przerywanym jedynie na krótkie postoje, w trakcie których bohaterowie wzdychają, oblewają się wodą, naprawiają jakiś element silnika i próbują powiedzieć coś mądrego. Tylko że to nie ma prawa zadziałać, a wraz z upływem kolejnych minut byłem tylko coraz bardziej zdenerwowany i zniechęcony poziomem absurdów, jakie zaserwował nam scenarzysta.
madmax4

Najwyraźniej ropa, będąca powodem wojny, nie jest wcale dobrem rzadkim, skoro napędza tyle samochodów jeżdżących w tę i nazad. Jakimś jednak cudem samochody Joe dopalane są paliwem płynącym z żył dawców takich jak Max, chyba że nie chodzi o benzynę, tylko prąd na wzór tego, co widzieliśmy w „Matrixie”. Oaza Nieśmiertelnego to dwie górki na krzyż, na których szczycie uprawiane są rośliny, a do tego wielki rezerwuar wody wydobywanej gdzieś spod ziemi. Biorąc pod uwagę suchy klimat niby-Australii, a także zmiany środowiskowe po atomówkach, woda musiałaby być albo radioaktywna, albo też byłaby jej skończona ilość pod ziemią – deszcz nie pada, nie ma jak uzupełnić wód gruntowych. Do tego mnóstwo ludzi tłoczących się u podnóża góry czekających na strumienie wody spuszczane co jakiś czas łaskawie przez Joe – skąd się wzięli, co jedzą? Skąd rekrutują się Trepy – wychowankowie Nieśmiertelnego, trenowani od małego do wojny i śmierci w boju, by dostąpić zaszczytu wstąpienia do Valhalli (nordycka mitologia na południowej półkuli – zaiste ciekawy kulturowy synkretyzm)?

W trakcie akcji poznamy też kolejnych dwóch władców – Ludożercę z Oktanii i Farmera Pocisków. Ale tak naprawdę przez cały film nic się o nich więcej nie dowiemy. Każdy z nich jest jedynie liderem swego gangu, który dołącza się do pościgu za Furiozą, widząc w tym zapewne interes dla własnego biznesu i okazję, by wykiwać pozostałą dwójkę. Ponieważ, jak wspomniałem, cały film to jeden wielki wyścig, trudno jest poznać lepiej postać, która wciąż siedzi w aucie. W rezultacie goniąca triada jest raczej zabawna niż straszna. A co powiedzieć o uciekinierach? I tu już mamy kuriozum, bo w cysternie znajduje się po pierwsze mleko matek, odsysane z piersi kobiet w cytadeli Joe… huh? Furioza wiezie także jego miniharem, a celem podróży jest Oaza, w której żyją Matki Rodzące. W tym momencie mój mózg odpłynął, ale nic to – oglądam dalej, licząc, że może zobaczę coś, co przyciągnie mnie do ekranu. Ale nic takiego nie następuje – szczątkowa fabuła ma jedynie pokazać jedno wielkie łubudu, które, trzeba to przyznać, sfilmowane jest pierwszorzędnie.

madmax3

Zrozumiałbym gdyby miał to być pastisz kina postapo klasy B, ale nie – to wszystko dzieje się na serio. W całej tej historii nie mogę wybaczyć zwłaszcza wprowadzonej na siłę postaci Furiozy, która w oczach widza staje się tak naprawdę centralną postacią. Max jest tu tylko dodatkiem, kimś w rodzaju średniowiecznego rycerza mającego bronić swojej królewny. Królewna jednak znakomicie sobie daje radę sama, a unoszący się w powietrzu testosteron i zapach oleju napędowego skutecznie zniechęca nas do myślenia o jakimkolwiek uczuciu, które może połączyć kiedykolwiek tę parę. W efekcie zamiast starego, dobrego „Mad Maxa” dostajemy feministyczne kino, które nieznośnie bije mnie po oczach i mózgu. W końcu to ma być Wojownik Szos! Gdybym chciał oglądać wojowniczkę włączyłbym „Xenę” albo „Wonder Woman” lub podziwiał sprawność Natashy Romanoff w „Avengers”. Tom Hardy stara się co prawda naśladować mimikę Gibsona, ale wychodzi mu to słabo. Dawno nie rozczarowałem się tak niecierpliwie oczekiwanym filmem jak w tym wypadku. Nawiązania do motywów z poprzednich części, takich jak podróż do Oazy oraz zatrudnienie w roli Joe Hugh Byrne’a (Kosa w pierwszej części) nie rekompensują ułomności scenariusza i braku Mela Gibsona. To już lepiej byłoby zatrudnić Vina Diesla (przynajmniej tematyczne nazwisko) i mielibyśmy z tego „Szybkich i wściekłych 7 i 1/2”. Możliwe, że jest to film dla tej właśnie grupy docelowej, która jara się szybkimi samochodami i dźwiękiem mknących z zawrotną szybkością krążowników pustyni (bo o porządną szosę jakoś już trudno). Ja się nie jaram i nie kupuję wizji, jaką na bazie nostalgii chce mi wcisnąć George Miller. Jeśli do tego dodamy fakt, iż kolejna zaplanowana część może się okazać prequelem, to miłośnikom kina postapo pozostaje już tylko strzelić sobie w łeb. Albo na nowo docenić urok poprzednich trzech części.

Mad Max: Fury Road (2015)
Mad Max: Fury Road poster Rating: 8.6/10 (158565 votes)
Director: George Miller
Writer: George Miller, Brendan McCarthy, Nick Lathouris
Stars: Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult, Hugh Keays-Byrne
Runtime: 120 min
Rated: R
Genre: Action, Adventure, Sci-Fi
Released: 15 May 2015
Plot: In a stark desert landscape where humanity is broken, two rebels just might be able to restore order: Max, a man of action and of few words, and Furiosa, a woman of action who is looking to make it back to her childhood homeland.

Artykuł opublikowano także w numerze 4 Mój Mac Magazyn.

American Sniper

Tym co zdecydowanie nadaje USA odmiennego kolorytu niż Europa jest z pewnością stosunek do posiadania broni. Broń, której w Ameryce jest więcej sztuk niż mieszkańców, to jeden z elementów mitu założycielskiego państwa, które budowano na odwadze pierwszych fal imigrantów. Przesuwając nieustannie granice cywilizowanego świata w kierunku zachodnim musieli oni toczyć ustawiczne boje z przeciwnościami losu, wśród których prócz głodu i zimna nie brakowało także Indian, rabusiów a czasem i krewkich sąsiadów. To także nieodłączny atrybut mitu dzielnego Texasu, jedynego terytorium, który wszedł w skład Unii jako samodzielne państwo, po wyzwoleńczej wojnie z Meksykiem. Symbolem tamtej wojny stała się Bitwa pod Alamo, w której 1800 żołnierzy generała Santa Anny przez trzynaście dni próbowało pokonać siedmiokrotnie mniejszy garnizon Teksańczyków. Dzisiejszy Texas to wiadomo – stepy, bydło i Chuck Norris ale to także dom Chrisa Kyle’a – najskuteczniejszego snajpera w historii amerykańskiej armii (potwierdzone 160 trafień), którego losy są tematem filmu "American Sniper w reżyserii Clinta Eastwooda.

americansniper

Głównego bohatera poznajemy najpierw w okresie dzieciństwa, gdy chodzi na polowania ojcem. To ojciec wpaja mu od małego kult broni,ale też uczy szacunku do niej. Bo świat dzieli się na owce i wilki, a gdy nadchodzą złe czasy lepiej być tym trzecim – psem pasterskim, który ochroni owce. Chris (w tej roli świetny Bradley Cooper) bierze tę maksymę głęboko do serca a gdy w dorosłym życiu usłyszy o ataku na World Trade Center bez wahania zgłasza się do punktu werbunkowego by bronić Ojczyzny. Od tego momentu akcja filmu biegnie dwutorowo – jeden tor to kolejne tury w Iraku, w drugim śledzimy niełatwe próby odnalezienia się w tzw. zwyczajnym życiu. Bohater Ameryki w międzyczasie znajdzie miłość swego życia Tarę,która urodzi mu dwójkę dzieci. Wciąż jednak nie będą szczęśliwą rodziną bo co to za rodzina, w której ojciec ciągle spędza czas gdzieś za oceanem, w jakiś odległym zakątku zapomnianym przez Boga? Czy bardziej zapewni bezpieczeństwo swojej ukochanej bedąc z nią cały czas i troszcząc się o nią, czy może w Iraku, gdzie przecież też broni Ameryki, a bezpieczny kraj to także bezpieczeństwo rodziny?

To ważne pytania zwłaszcza, że w filmie wątek rodzinny i wojskowy zbiega się właśnie na wojnie. Dla Kyle’a dodatkową motywacją do udziału w misjach jest chęć ostatecznego zwycięstwa nad snajperem Mustafą (Sammy Sheik). Jest taka scena,w której Mustafa dowiaduje się od informatora iż wśród oddziału amerykańskiego obecny jest ‘Legenda’ – bierze karabin i udaje się na posterunek zostawiając w domu wystraszoną żonę i dziecko. To kto w takim razie jest tu dobry a kto zły? Czy amerykańskie poczucie zagrożenia usprawiedliwia inwazję innego kraju i stwarzanie takiego samego zagrożenia innym? Film w tym miejscu nawiązuje nieco do snajperskiej rywalizacji w ruinach Stalingradu we “Wróg u bram”. Tam jednak pojedynek toczyli dwaj równorzędni wojownicy, tutaj Eastwood sprzyja jednak swoim, bowiem o Mustafie nie wiemy praktycznie nic – jedynie to iż ma medal olimpijski w strzelectwie. Irakijczyk ma być tylko tłem, wirtualnym nemesis dla Kyle’a, który ma usprawiedliwiać jego czyny, bo przecież “tamci zabijają naszych”.
american-sniper-6
Jednak widz te dylematy rychło przestaje dostrzegać bo giną one sekwencjach wojennych, które rzeczywiście sfilmowane zostały pierwszorzędnie. Nigdy nie spodziewałem się iż tyle napięcia można zawrzeć w scenach, które z definicji są statyczne – bo służba snajpera to przede wszystkim czuwanie w zamaskowanej pozycji w oczekiwaniu na najlepszą chwilę do oddania strzału – nieważne czy głód, czy zmęczenie czy chęć zwykłego pójścia siku. A jednak na takim żółnierzu ciąży ogromny stres – czy dzieciak pochodzący do leżącej w piasku bazooki jest tylko ciekawy czy też zaraz ją podniesie i wpakuje pocisk w amerykański czołg? Czasu na reakcję jest bardzo mało a operator beznamiętnym głosem powtórzy – “Znasz zasady. TY DECYDUJESZ”.
Film świetnie pokazuje realia walki w mieście i nie mogłem oprzeć się tutaj skojarzeniom z “Full Metal Jacket” Kubricka, który jednak latach 80-tych nie mógłby nakręcić takiej sekwencji jak ostatnia bitwa w Faludży. Walka w samym środku burzy piaskowej, gdy pododdział SEALS w rozpaczliwy sposób broni się na dachu przed szturmującymi zewsząd bojówkami (nawiązanie do Alamo?) to mały majstersztyk.

Skąd jednak tyle kontrowersji, które wzbudzał film po drugiej stronie Atlantyku? Dla nas irytujący może być charakterystyczny w takich produkcjach nadmiar amerykańskiego patosu, miłości do Ojczyzny,flagi i demokracji. No ale my wciąż uczymy się od nowa znaczenia słowa ‘patriotyzm’, szacunku dla własnych weteranów z Iraku i Afganistanu. Amerykanie odrobili tę lekcję po gorzkich doświadczeniach Korei i Wietnamu co nie znaczy że dyskusja o sensowności posyłania własnych obywateli na cudze wojny zamarła. Największy zarzut do Eastwooda dotyczy zbytniego wybielenia postaci Kyle’a w porównaniu do książki, która stała się podstawą scenariusza. No i sam fakt,że bohaterem jest snajper a przecież nie tylko w USA da się często usłyszeć opinię,że “wszyscy snajperzy to tchórze” walczący niehonorowo i nie dający ofierze żadnych szans. Uważny widz może jednak odczytać z filmu także krytykę prawa do posiadania broni, a niegdysiejszy Brudny Harry wbija tu szpilę NRA pokazując po raz kolejny,że kręci filmy w taki sposób w jaki chce nie idąc na kompromisy.
Końcowe sceny prezentujące autentyczne zdjęcia z pogrzebu Kyle’a to ukłon w stronę Teksańczyków uważających go za bohatera ale fakt iż legendarny strzelec ginie z rąk weterana, któremu pomagał i to na strzelnicy jest jakimś niezwykłym chichotem Stwórcy i groźnym memento dla tych, którym na polu walki wydaje się iż są Jemu równi.

Artykuł ukazał się także w nr 2 „Mój Mac Magazine”

American Sniper (2014)
American Sniper poster Rating: 7.5/10 (110,626 votes)
Director: Clint Eastwood
Writer: Jason Hall, Chris Kyle (book), Scott McEwen (book), James Defelice (book)
Stars: Bradley Cooper, Kyle Gallner, Cole Konis, Ben Reed
Runtime: 132 min
Rated: R
Genre: Action, Biography, Drama
Released: 2015-01-16
Plot: Navy SEAL sniper Chris Kyle's pinpoint accuracy saves countless lives on the battlefield and turns him into a legend. Back home to his wife and kids after four tours of duty, however, Chris finds that it is the war he can't leave behind.

Still Alice

Możliwość uczenia się i zapamiętywania to niewątpliwie jeden z czynników, który przesądził o naszym ewolucyjnym sukcesie. To umiejętność tak naturalna, że zaczynamy dostrzegać jej istnienie dopiero gdy coś w naszej głowie przestaje działać. Jak często każdemu z nas zdarza się o czymś zapominać? Póki jesteśmy młodzi bagatelizujemy to żartobliwym “ah no wiesz, mam sklerozę” czy też “ja to nie mam pamięci do nazwisk”. Gdzieś tam obiło nam się o uszy słowo “Alzheimer” ale nie przejmujemy się nim bo przecież młodzi jesteśmy i liczymy,że nas to nie spotka. A co jeśli choroba przyjdzie wcześniej? Właśnie taka perspektywa staje się rzeczywistością w życiu Alice Howland (w tej roli świetna Julianne Moore), 50-letniej profesor lingwistyki na Uniwersytecie Kalifornijskim. Zaczyna się niewinnie, od zapomnienia paru faktów na urodzinowym obiedzie w restauracji. Później, na wykładzie Alice nie może przypomnieć sobie czego uczyła tydzień temu. W trakcie joggingu traci orientację w terenie, zapominając gdzie jest i dokąd ma biec. Mimo,że tym razem da radę wrócić do domu decyduje się zrobić tomografię myśląc, że przyczyną jest rak mózgu. Ale diagnoza jest nieubłagana – Alice ma rzadką odmianę Alzheimera,która być może przeniosła się także na jej dzieci. I to w jaki sposób sobie z tym radzi jest największą zaletą filmu, który poza tym wydaje się nudny i przewidywalny.

Bo i pokazać chorobę na ekranie nie jest prosto. Łatwo tu o nadmierną przesadę i chęć grania na emocjach widza. “Still Alice” próbuje zachować tę równowagę ale tylko z początku. Chociaż dramat głównej bohaterki rozgrywa się zarówno na płaszczyźnie zawodowej jak i rodzinnej, na ekranie będziemy mogli śledzić raczej tę drugą – chociaż śledzić to może zbyt wiele powiedzane. Towarzyszący Moore Alec Baldwin i Kristen Stewart wypadają przy niej blado, chociaż robią co mogą. Powiedziałbym raczej, że grają poprawnie bo nie mają zbyt wiele do zagrania. Jeśli jednak Julianne miała być wg scenariusza na pierwszym planie, to stanowią oni dla niej znakomite tło. Ale opieranie całego filmu na grze jednej aktorki wydaje się dość ryzykowne i w tym wypadku nie do końca mi zagrało. Przez cały seans czekałem na jakiś zwrot akcji, odmianę losu, nagłą zmianę interakcji między bohaterami – nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego oglądamy powolną degenerację mentalną Alice, która korzystając z nowoczesnej technologii robi co może by odwlec nieuchronne i wspomagać swoją pamięć. Cała akcja jest tutaj dość poszarpana,przeskakujemy w czasie do kolejnych chwil z życia bohaterki nie wiedząc ile dni mija pomiędzy nimi – jedynym odnośnikiem jest twarz i zachowanie Alice. W całym filmie dreszcz wywołał we mnie właściwie tylko jeden moment – gdy Alice odtwarza na komputerze wiadomość nagraną do siebie parę miesięcy wcześniej, w którym daje “sobie” dokładny instruktaż jak umrzeć gdy sprawy wymkną się spod kontroli. Kontroli, która jest także potrzebna by popełnić samobójstwo i właśnie ta scena jest najpiękniejsza bo łączy w sobie i grozę i nadzieję,przejmującą bezradność i determinację.

Zastanawiałem się też nad nazwą folderu, w którym Alice ukrywa film – “Motyl” (pod takim tytułem film być może będzie wyświetlany w kinach). Jakież to wieloznaczne – czy chodzi o piękno owada, przeobrażającego się z poczwarki by wzlecieć ku niebu wolnym, czy jest to symbol tego iż nawet w krótkim życiu można próbować pozostać sobą i dać coś z siebie światu? Czy Alice utożsamia się z takim właśnie motylkiem jako kobieta, której uświadomiono kruchość życia przez okrutnego figla jakiego spłatał los?

Choroba Alzheimera to ogromny dramat dla cierpiącego na nią człowieka, lecz jeszcze większy dla rodziny, której często nie starcza cierpliwości i sił do opieki nad bliskim. Nie wiemy do końca co dzieje się w psychice chorego – czy cierpi, czy paradoksalnie przestając pamiętać o sobie zapomina też o swoich nieszczęściach,w ten pokręcony sposób odnajdując gdzieś spokój i harmonię. Czy jesteśmy tylko sumą naszych wspomnień, czy może jest coś jeszcze? Jeśli pojawi się kiedyś terapia na Alzheimera to czy chorzy odzyskają w pełni siebie czy utrata wspomnień będzie nieodwracalna?
Końcówka filmu, która nie domyka akcji a jakby urywa ją w trakcie jest dla mnie przypomnieniem iż nadzieję trzeba mieć zawsze. “Still Alice” to tak naprawdę popis jednej aktorki i Julianne Moore w pełni zasłużyła na Oscara za rolę pierwszoplanową. Film to niełatwy i pobudzający do trudnych refleksji i właśnie dlatego koniecznie należy go zobaczyć.

Artykul ukazal sie takze w nr 2 Moj Mac Magazine

Still Alice (2014)
Still Alice poster Rating: 7.5/10 (14,709 votes)
Director: Richard Glatzer, Wash Westmoreland
Writer: Lisa Genova (novel), Richard Glatzer (screenplay), Wash Westmoreland (screenplay)
Stars: Julianne Moore, Kate Bosworth, Shane McRae, Hunter Parrish
Runtime: 101 min
Rated: PG-13
Genre: Drama
Released: 2015-02-13
Plot: Alice Howland, happily married with three grown children, is a renowned linguistics professor who starts to forget words. When she receives a devastating diagnosis, Alice and her family find their bonds tested.

Wojna w sadzie mandarynek

Filmy wojenne można z grubsza podzielić na dwie kategorie. W pierwszej najważniejsze będą wielkie sceny batalistyczne, hektolitry krwi i wielkie widowisko bo jak wiadomo już od czasów rzymskich nasz gatunek nie tylko lubuje się w okrucieństwie ale też chętnie je obserwuje. Znacznie trudniej jest pokazać konflikt zbrojny z perspektywy osobistej i do tej drugiej kategorii zaliczę z pewnością koprodukcję estońsko-gruzińską “Mandarynki” (Mandariinid/Tangerines 2013) w reżyserii Zazy Urushadze, który jest także autorem scenariusza.

mandariinid2

Mając na uwadze obecny konflikt na Ukrainie i wojnę rosyjsko-gruzińską z 2008 roku zapomnieliśmy już chyba o burzliwych momentach sprzed ćwierćwiecza, gdy na poradzieckim terytorium rozpoczął się burzliwy proces tworzenia własnej państwowości przez narody, które w rozpadzie imperium dostrzegły szansę na wyrwanie się spod rosyjskiej kurateli i niepodległość. Mamy rok 1990 – trwa wojna gruzińsko-abchaska. Kawałek Abchazji zamieszkany przez Estończyków zdaje się oazą spokoju, większość mieszkańców wraca jednak do ojczyzny a na miejscu zostaje jedynie stary Ivo i jego sąsiad Magnus – właściciel dużego sadu mandarynek. Zbliża się czas zbiorów więc obaj mężyczyźni codziennie ciężko pracują. Pewnego dnia jednak w pobliżu wsi dochodzi do strzelaniny pomiędzy dwoma wrogimi oddziałami. Z każdego z nich ocaleje jeden ranny, który znajdzie opiekę w domu Ivo. U dwóch nienawidzących się żołnierzy powoli w trakcie rekonwalescencji rodzi się porozumienie a nawet pewna nić sympatii. Niestety wojna jest okrutna i w końcu upomina się o daninę krwi chociaż w dość nieoczekiwany i pokręcony sposób.

Mandarynki 2

W tej z pozoru prostej historii kryje się jakaś magia sprawiająca, że film wciąga mimo nieśpiesznej narracji i statycznych kadrów. Cała akcja rozgrywa się na wielu płaszczyznach, na każdej istotne jest spotkanie i dialog dwóch mężczyzn. Ivo pomagający Magnusowi mimo przekonania, iż zabawa w mandarynkowy biznes w warunkach wojny jest abusrdalna. Ahmed i Nika – dwaj nieprzyjaciele, tolerujący sie tylko przez wzgląd na słowo dane Ivo, który obu ocalił życie. Najciekawsza relacja to chyba ta między Ivo i Ahmedem – bitny czeczeński najemnik walczący przeciwko Gruzinom odnosi się do Estończyka z wyraźnym szacunkiem i atencją, mimo iż nie rozumie i nie akceptuje początkowo jego motywów, a dodatkowo także wyznania. W “Mandarynkach” da się zobaczyć echa biblijnych przypowieści o synu marnotrawnym i dobrym Samarytaninie, a owocowy sad jest niczym Eden, w którym bohaterowie odnajdują spokój i ukojenie. Sad, który jednocześnie narzuca bohaterom swoisty wyścig z czasem, bo czy wojna czy nie wojna pora zbioru mandarynek jest niezmienna jakby Matka Natura chciała nam ludziom pokazać bezsens naszych małych bijatyk i sporów wobec jej odwiecznych zasad – znakomitą lekcją jest dla nas finałowa scena dialogu nad grobem syna Ivo. W dolinie mandarynek Ahmed przejdzie swoiste katharsis i zdecyduje się wrócić do domu, każdy z mężczyzn coś jednak stracił bezpowrotnie, co tylko uświadamia nam jakim bezsensem jest wojna.
Mandariinid_06
Wielkim atutem filmu są piękne zdjęcia Reino Kotova i przekonujące minimalistyczne aktorstwo zwłaszcza Lembita Ulfsaka w roli Ivo. Kibicowałem filmowi w jego drodze do Oscara, do którego został zgłoszony z rocznym opóźnieniem,bo być może liczono na dodatkowy efekt w związku z obecną wojną na wschodzie Ukrainy. W końcu jednak “Mandarynki” musiały uznać wyższość bezkonkurencyjnej “Idy”. Mimo to bardzo ten film polecam bo opowiadać o wojnie w ten sposób to trzeba umieć i Zaza Urushadze zrobił to znakomicie.

Tangerines (2013)
Tangerines poster Rating: 8.6/10 (6,655 votes)
Director: Zaza Urushadze
Writer: Zaza Urushadze
Stars: Lembit Ulfsak, Elmo Nüganen, Giorgi Nakashidze, Misha Meskhi
Runtime: 87 min
Rated: N/A
Genre: Drama, War
Released: 17 Oct 2013
Plot: War in Georgia, Apkhazeti region in 1990. An Estonian man Ivo has stayed behind to harvest his crops of tangerines. In a bloody conflict at his door, a wounded man is left behind, and Ivo is forced to take him in.

Polski dokument bez Oscara

OscarShorts2015_Documentary_web

Tegoroczne rozdanie Oscarów dla polskiej kinematografii było ze wszech miar wyjątkowe – pięć nominacji to rekord, który pewnie długo jeszcze nie zostanie pobity. Tym cenniejszy, iż w cieniu zmagań “Idy” udała się nam rzecz absolutnie niespotykana, bowiem Akademia umieściła aż dwa polskie filmy w gronie nominowanych do najlepszego krótkometrażowego dokumentu. Warto więc pochylić się nad bohaterami tego sukcesu by zrozumieć o co właściwie tyle hałasu i by zadać sobie fundamentalne pytanie – czy polska kinematografia dokumentem stoi?
Continue reading →

„By miasto nie przestało żyć.”

miasto-44-4

Mamy jesień. I choć ją lubię, to czasem dopada mnie, typowy dla tej pory roku, melancholijny nastrój. Jedyną rzeczą, na jaką mam wtedy ochotę, to ciepła kołdra, kakao i dobry film lub książka. I dzisiaj właśnie, spod tej ukochanej kołdry, z kubkiem gorącego kakao, chcę Wam opowiedzieć o filmie, który ten mój melancholijny nastrój nieco pogłębił.
A wszystko rozchodzi się o miasto… „Miasto 44” w reżyserii Jana Komasy. Co mnie w nim zachwyciło?
Continue reading →